+48 665 312 958
fundacja@atalaya.pl

Blog

„Scena z życia”

 

„Jest opryskliwa, przeklina, w ogóle nie ma szacunku do autorytetów.”
„Pluje, kopie i histeryzuje, nie chce w ogóle robić prac domowych.”
„Jestem wykończona, tylko się frustruję codziennie o to samo.”
„Ukradł mi 200 zł, następnego dnia wbiegł do jadalni i nazwał mnie głupią pi*dą przy wszystkich.”
„Nie da się z nim wyjść, bo nie chce się ubrać, nie rozumie, że się spóźnimy.”
„Już nie wiem, co robić wtedy, krzyczę na nią, cała się gotuję w środku.”

Dzieci.

Być może, gdy czytasz te cytaty, rozpoznajesz w nich fragmenty ze swojego życia. Dzieci bądź co bądź nie różnią się zasadniczo od siebie w zakresie potrzeb i emocji, jakie mają.

Różnić się jednak mogą w sposobie ich wyrażania, sile i częstotliwości przeżywania. Osobami odpowiedzialnymi za te różnice jesteśmy my, dorośli, towarzyszący dzieciom od początku ich życia. Ze swoimi wyborami, jak zareagujemy na płacz niemowlaka, kiedy postanowimy mu pomóc, co przy tej okazji mówimy i w jaki sposób. Są dorośli, którzy z różnych przyczyn nie podołali wyzwaniu opieki, a ich dziećmi opiekują się teraz inni dorośli, dalej towarzysząc im na drodze życia. To dzieci przebywające w pieczy zastępczej, między innymi w ośrodkach opiekuńczo-wychowawczych, zwanych również domami dziecka. To stamtąd pochodzą przytoczone na początku cytaty. Stanowią one jedynie urywek tego, z czym spotykają się wychowawcy w placówkach. Agresja, w różnych swoich formach, jest bowiem jedną z lepiej znanych tym dzieciom strategii działania. Doświadczyły jej, były świadkami, same się jej nauczyły, przetrwały. Teraz, choć są w nowych relacjach i w innym miejscu, nadal próbują stosować to, co znają najlepiej. I tutaj pojawia się dorosły ze swoją rolą.

Gdy pierwszy raz zaczęłam pracować z wychowawcami domów dziecka, podejście, które stanowiło fundament naszej pracy w Fundacji Atalaya, czyli Porozumienie Bez Przemocy (PbP – ang. NVC – Non Violent Communication), było znane i popierane przez dyrekcje placówek. Brakowało praktyki i wdrożenia w codziennej pracy wychowawców. Powstał wówczas program „Educoaching NVC”, czyli długofalowy proces dla zespołów wychowawców, oparty o PbP, mający odpowiadać na potrzeby kadry, jakimi są między innymi spójność działania, efektywność zawodowa i spokój wewnętrzny. To były efektywne i ciekawe spotkania, pogłębiające wiedzę i umiejętności kadry domów dziecka, pozwalające wdrożyć nowe sposoby myślenia i zachowania wobec dzieci i młodzieży. Coaching zespołowy nie jest jednak dla wszystkich równie skuteczny – różnice w doświadczeniu pomiędzy wychowawcami pokazały, że przy bardziej problemowych sytuacjach, w obliczu dużej agresji słownej czy fizycznej, pojawiają się trudności zarówno na poziomie poznawczym (zrozumienie sytuacji, potrzeb, emocji obu stron), jak i w praktyce – zastosowania wypracowanych przez zespół zachowań. Jednym, po miesiącach pracy w duchu NVC oraz przy sporym własnym doświadczeniu rozwojowym, było łatwiej wdrożyć zmiany, innym przychodziło to z trudem lub pozostawali całkowicie bezradni wobec agresji dzieci, nierzadko sami nadal ją stosując.

Stało się dla mnie jasne, że potrzebuję takiego sposobu pracy z grupą, która pozwala rozwijać się jednostce na głębszym, jednak nadal rozwojowym a nie terapeutycznym poziomie. Potrzebowałam kolejnych dwóch lat, aby stworzyć nową drogę i zaprosić do podążania nią wychowawców domu dziecka i innych dorosłych związanych z systemem pieczy zastępczej, dla których temat agresji jest ważny.
Wróćmy zatem do momentu, gdy wspomniałam o roli dorosłego w relacji z dzieckiem, które w wielu sytuacjach ucieka się do zachowań agresywnych. Duża część dorosłych swoją rolę widzi w tym, aby jakoś zmienić to zachowanie dziecka, sprawić, żeby już nie kopało, nie krzyczało, nie rzucało się, nie przeklinało itd. Gdy więc na pierwszym spotkaniu cyklu seminarium „Co się kryje za agresją?”, przedstawiłam podejście, w jakim będziemy pracować, z ciekawością patrzyłam, co się wydarzy. Jako pierwszą, grupa poznała leżącą u podstaw całej naszej pracy koncepcję, bazującą na pracach Jespera Juula. Mówi ona, że:

przyczyną zachowań agresywnych jest brak poczucia, iż jest się kimś wartościowym dla innych ludzi, w szczególności bliskich.

Celem naszej pracy NIE będzie zatem zmiana zachowania dziecka, a zbudowanie z nim wartościowej relacji, w której będzie mógł rozwijać poczucie własnej wartości. Opierając się zatem na PbP, wejdziemy w proces zmiany. Przedstawiłam również koncepcję, według której za zachowaniami agresywnymi kryją się określone emocje, a także model integralności, który pomaga zrozumieć, kiedy człowiek sięga po agresję. Oto więc było jasne, że celem naszych spotkań będzie budowanie mocnej, wartościowej relacji z dzieckiem, które na co dzień rzuca wulgaryzmami, potrafi uderzyć, kopnąć, nawrzeszczeć, uciec, pociąć się. I że nie będziemy skupiać się na tych objawach. Że będziemy również uczyć się zapobiegać agresji, rozwijając empatię. Że przed nami dość długi proces. Na następne zajęcia nie przyszła połowa grupy.

Byliśmy zatem gotowi do pracy i poznania drugiej części, a mianowicie sposobu pracy. Gdy uczestnicy podzielili się konkretnymi zachowaniami agresywnymi, z jakimi mają styczność na co dzień oraz sytuacjami, w jakich się znajdują, poczułam, iż jestem gotowa połączyć dotychczasowy fundament, jakim jest Porozumienie Bez Przemocy ze zgłębianą od kilku lat metodą, która uwalnia blokady, pozwala na tworzenie nowych kompetencji w działaniu, uruchamia i rozwija elastyczność w zachowaniu i wydobywa autentyczne uczucia, rozwijając repertuar dostępnych ról – z psychodramą. Jej twórca, lekarz, psychiatra i edukator Jacob Levy Moreno, koncentrował się na człowieku, jako istocie działającej.

Psychodrama jest metodą, w której wybrana osoba (nazywana protagonistą) przedstawia własny temat na scenie – może to być np. powtarzająca się sytuacja, w której dziecko wciąż czegoś odmawia, a dorosłemu zależy na tym, aby dziecko wykonało tę czynność i nie wie, co ma robić, czuje bezradność, złość, zaczyna przejawiać agresję. Na scenę protagonista zaprasza do ról członków grupy (np. do roli dziecka), a następnie przedstawia sytuację i poszukuje, w zależności od swoich potrzeb – lepszego zrozumienia, poszerzenia perspektywy, nowych dróg działania dla siebie. Co do zasady, to sam protagonista, zamieniając się rolami z poszczególnymi postaciami swojej sceny, daje im „głos”, tworzy to, co dane osoby mówią i robią. W ten sposób może odegrać zarówno wydarzenia przeszłe, jak i przyszłe, które jeszcze się nie wydarzyły, poszerzając rzeczywistość i próbując nowych sposobów działania. Dobrze ten twórczy moment ujął Konstanty Stanisławski, pisząc:

Zrozumiałem, że twórczość poczyna się w chwili, gdy w duszy i wyobraźni aktora rodzi się magiczne, twórcze „gdyby”. Póki istnieje realna rzeczywistość, realna prawda, w której istnienie nie można wątpić, póty nie ma miejsca na twórczość… Z chwilą pojawienia się twórczego „gdyby” aktor przechodzi z płaszczyzny rzeczywistego, realnego życia na płaszczyznę życia istniejącego w jego wyobraźni. Uwierzywszy w nie – zaczyna tworzyć. (Stanisławski, 1954)

Psychodrama z powodzeniem stosowana jest jako metoda terapeutyczna, w której ważnym aspektem jest trening w roli (trening społeczny) i wysiłek, jaki podejmuje uczestnik, aby poszerzyć umiejętność adekwatnego działania w przyszłych sytuacjach społecznych. Ćwiczy jednak nie tylko protagonista, ale również pozostali członkowie grupy, zaproszeni do poszczególnych ról.

W przypadku naszej grupy, ważne było zastosowanie psychodramy, jako metody rozwojowej, z zachowaniem granicy pomiędzy rozwojem a terapią, przy jednoczesnej pracy w duchu Porozumienia Bez Przemocy. Połączenie tych dwóch podejść okazało się fascynującą przygodą rozwoju osobowości, elastyczności, spontaniczności i empatii. Czy jednak było pewne, że tak się stanie? Rzecz jasna nie. Jeśli jednak chcę, aby moi uczestnicy podejmowali ryzyko, wychodzili ze strefy komfortu i robili coś po raz pierwszy, na nowo, inaczej, to nie wyobrażam sobie, abym sama miała tego nie robić.

Ewaluacja- nie taka straszna jak o niej mówią

Wykonanie ewaluacji po warsztatach jest trudnym zadaniem. To jeden z ostatnich punktów w planie pracy każdego trenera w konkretnym dniu szkoleniowym a moim zdaniem jednocześnie najważniejszy. Energia w grupie jest już zazwyczaj bardzo niska, wszyscy myślą już o wyjściu z zajęć a my chcemy dowiedzieć się czy dla uczestników warsztat był jakąkolwiek wartością dodaną? Czy my jako trenerzy podołaliśmy zadaniu? Czy projekt odpowiadał na faktyczne potrzeby naszych uczestników?

Dzięki przeprowadzonej ewaluacji wiemy, które części naszej pracy wymagają poprawy i ulepszenia w przyszłości. Samo słowo „ewaluacja” brzmi nieco przerażająco. Pamiętam, jak dopiero co, na studiach, uczestniczyłam w zajęciach dokładnie o takiej nazwie i uczyliśmy się tam bardzo skomplikowanych, teoretycznych rzeczy. Co więcej, po zakończeniu każdych zajęć na uczelni, prowadzący prosili nas o wykonanie ewaluacji, na kartce z powtarzającym się zestawem pytań „Co wynosisz? Dlaczego? Co było dobrego? A co Ci się nie podobało?” Pomyślałam wtedy, że jeśli kiedyś będę pracować jako trener to właśnie tej części warsztatu lubić nie będę.. Przykry i niepotrzebny obowiązek.

Nic bardziej mylnego.

Teraz myślę, że jako trener mam szansę sprawić aby uczestnicy moich warsztatów nie mieli podobnych odczuć jak ja na studiach. A na pytanie „Co wynosisz?” nie musieli odpowiadać: długopis i notes… (bo akurat był przewidziany w prezencie dla uczestników podczas warsztatu).

Ewaluacje można przeprowadzić w bardzo ciekawy i angażujący grupę sposób. Tak, iż będzie ona przyjemnością zarówno dla uczestników jak i samego prowadzącego. Warto zastosować takie techniki, które sprawią, że będzie to „wisienka na torcie” naszego dnia szkoleniowego a jednocześnie dogłębne zebranie informacji zwrotnej.

To czego nauczyłam się korzystając z wiedzy doświadczonego teamu, z którym pracuję oraz od doświadczonych trenerów podczas warsztatów, w których brałam udział jako uczestnik mogę wymienić w kilku głównych punktach.

  • E- eksperymentowanie. Nie należy bać się nowych, nieznanych nam do tej pory sposobów ewaluacji. Usłyszałam kiedyś o metodzie „wydzieranki” czyli przerywania kartki w miejscu, odpowiedzi, której jako uczestnik chcę udzielić zamiast klasycznego zaznaczania długopisem. Pomyślałam, że ten sposób może być angażujący w grupie dzieci, ale zdecydowanie nie przyjmie się wśród dorosłych. Postanowiłam to sprawdzić i efekt był zupełnie odwrotny. Dorośli wykonali tą ewaluację z dużym zaangażowaniem. Było to dla nich coś zupełnie nowego.
  • W- wyzwanie. Za każdym razem warto przemyśleć w jaki sposób skłonić uczestników warsztatu do refleksji. Niech to będzie wyzwaniem dla nas, trenerów, aby dorośli chcieli podzielić się z nami swoją opinią.
  • A- angażuj. Niech uczestnicy mają poczucie, że ewaluacja jest dla nas ważna i że ich opinia ma duży wpływ na dalszą pracę, realizację projektu, kolejne warsztaty itp.
  • L- lepiej nie komplikować. Najlepiej jeśli ewaluacja ma prostą formę i jednocześnie jest jak najbardziej precyzyjna.
  • U- uczestnicy. Ważne aby dopasować rodzaj ewaluacji i jej przebieg do uczestników naszego szkolenia tak aby była użyteczna i wykonalna (dopasowanie do wieku, umiejętności).
  • A- aktywność. Niech uczestnicy wykonają ewaluację poprzez ruch. To nie musi być tylko bierne zadanie do opisania i zaznaczenia właściwych odpowiedzi.
  • C- czas. ewaluacja nie powinna trwać zbyt długo, być obciążeniem czasowym.
  • J- jaki temat przewodni szkolenia, taka ewaluacja. Prowadziłam warsztat z kreatywnego pisania. Poprosiłam, żeby uczestnicy napisali informację zwrotną w postaci rymowanego krótkiego wiersza. Warsztaty w oparciu o metodę improwizacji? Zaprośmy uczestników do ewaluacyjnej gry i przedstawienia swojej informacji zwrotnej za pomocą odegranej, zaimprowizowanej scenki.
  • A- a przede wszystkim EWALUACJA ma być po coś. Nie tylko dla samej idei i ewaluacji „bo tak nas nauczyli i trzeba”. Cel ewaluacji powinien być zawsze określony.

 


„Artykuł został nagrodzony w konkursie  „Historie mocy-historie pracy” w kategorii ewaluacja projektów edukacyjnych organizowanym przez ePale- Elektroniczna platforma na rzecz uczenia się dorosłych.

Podsumowanie 2018 roku

 

Odwrócone role ucznia i nauczyciela

 

Z jaką najtrudniejszą sytuacją w pracy trenera musiałaś sobie poradzić i jak to zrobiłaś? 

Jestem początkującym trenerem, „świeżynką” w tej dziedzinie. Studiuje psychologię, obecnie już 5 rok. Przez większą część swoich studiów przygotowywałam warsztaty, które przeprowadzałam ze swoimi rówieśnikami, również studentami. Ponad rok temu rozpoczęłam pracę w Fundacji Atalaya. Razem z nowymi wyzwaniami i szkoleniami, pojawiła się dla mnie możliwość współprowadzenia warsztatów z poznanych metod. To były moje pierwsze kroki w pracy z osobami dorosłymi, starszymi ode mnie. Z czasem, na mojej drodze pojawiła się sytuacja o wiele trudniejsza.

Pierwsze, poważne doświadczenie.

Jako fundacja zorganizowaliśmy konferencję przeznaczą dla trenerów, edukatorów i nauczycieli pracujących z młodzieżą i młodymi dorosłymi. Moim zadaniem było współprowadzenie dwóch sesji warsztatowych dla grup 10-osobowych. Moje odczucia? Stres na 100%. Będę szkolić osoby, które mają ogromne doświadczenie w pracy w zawodzie. Największa trudność spotkana dotychczas- bycie ekspertem w metodzie, pośród ekspertów znających niezliczoną ilość metod pracy z grupą. Obawiałam się, że moje niewielkie doświadczenie będzie widziane przez innych, co odbije się na wizerunku naszej organizacji.

Wpadłam jak śliwka w kompot, czyli trudność sytuacyjna

Rozpoczęła się pierwsza sesja warsztatowa. W sali zgromadzili się uczestnicy. Rozpoznałam jedną znajomą twarz. Pani Profesor z mojej uczelni, z którą miałam przyjemność pracować w odwróconych rolach. W tej sytuacji to ja miałam być w roli nauczyciela. Pierwsza myśl w mojej głowie: czy podołam? W jaki sposób porzucić bariery związane z mniejszym doświadczeniem? Próbowałam przegonić swój niepokój i skupić się na tym co dzieje się tu i teraz. Wspólnie z drugą trenerką rozpoczęłyśmy rundę początkową, w której każdy miał powiedzieć kilka słów o sobie. Nadeszła kolej na znajomą Panią Profesor. Przedstawiła się dodając na jakiej uczelni pracuje. Wtrąciła żart o grupie studentów, a ja zaniemówiłam. Nie wiedziałam którą strategię przyjąć.

1.  Podczas przedstawiania siebie pominąć fakt, bycia studentem, co nie byłoby szczere wobec osób uczestniczących w warsztacie.

2. Powiedzieć prawdę i w humorystyczny sposób przejść do dalszej części szkolenia.

Na jakie rozwiązanie sytuacji się zdecydowałam?

Czułabym się źle nie mówiąc prawdy o sobie uczestnikom. Szczerość jest dla mnie ważna w pracy z drugim człowiekiem. Powiedziałam, iż jestem studentką oraz na jakiej uczelni studiuje. Dodałam, że to niezwykle cenne doświadczenie kiedy role mogą się odwrócić, tak jak w tej sytuacji i będę mogła nauczyć czegoś nowego swoją Panią Profesor. Rozwinęłam żart przytoczony wcześniej. Grupa, włącznie z Panią Profesor, roześmiała się. Powiedziałam, że jest to dla mnie stresująca sytuacja, ale trzeba pokonywać swoje bariery. Dostałam słowa otuchy od Pani Profesor oraz całej grupy. Napięcie sytuacyjne udało się obniżyć do zera. Kryzys zażegnany. Podczas przerwy udało mi się zamienić kilka słów na osobności z Panią Profesor, na temat zaistniałej sytuacji.

Warsztat okazał się udany. Uczestnicy mogli czerpać ode mnie wiedzę dotyczącą metody a ja od nich cenne doświadczenie pracy w zawodzie. I chyba o to chodzi w pracy trenera, uczyć się przez całe życie, wymieniać doświadczeniem.

Są sytuacje, w których nie trzeba używać skomplikowanych narzędzi. Wystarczą te najprostsze jakimi są szczerość i otwartość wobec grupy.

Przemyślenia i wnioski

Jak mówią praktyka czyni mistrza, więc przełamuje swoje bariery i pomimo młodego wieku buduje swoje doświadczenie dalej. Z każdym kolejnym warsztatem uczę się nowych rzeczy i wyciągam wnioski na przyszłość. Myślę, że to duża trudność wśród początkujących osób w środowisku trenerskim. Powszechnie pojawia się przekonanie, że dopiero kiedy masz duże doświadczenie, jesteś dobry w tym co robisz. Tylko trzeba jakoś zacząć, mieć odwagę by to doświadczenie zdobyć. W młodości siła!

Artykuł został nagrodzony w konkursie „Kulisy pracy trenera” organizowanym przez ePale Polska- Elektroniczna platforma na rzecz uczenia się dorosłych

How To Become an Icelander in 10 Days?

Iceland – a land of an ice and fire. This description perfectly shows the spectrum of contradictions and surprises, we can’t even begin to imagine when heading this direction. We know nothing. We know nothing about it. I can tell You. Using the same words, Ingrid used reprimanding Jon Snow in a spectacular scene beyond the wall in Game of Thrones filmed (by the way) in the very special, breathtaking Svínafellsjökull glacier on the south of the country.

We were there to learn creative writing, as an empowering and self-development method, from one of the most-written nations around the world. This was a very special time, not only in getting familiar with the empowering and upportive method but also visiting and exploring this beautiful country and its natural heritage.

How to become an Icelander in 10 days? Well, we did it even faster taking this extra fast course. Only in 60 minutes Bjarni Haukur Thorsson shows us the most common culture clusters for Icelanders. All of this in Harpa, near by sea and harbor, one of the most spectacular and most expensive concert halls in the world. This is a perfect example of those Icelandic contradictions. It was built directly after the biggest Iceland breakdown in 2008. Everything Icelanders did, they’re do it all over again. This nation is pretty much a volcano eruption.

Here is my very personal and subjective summary of a great journey to Iceland.

#1
Icelanders are Hyggelig even not knowing or naming it
Their lands are beautiful, majestic but sharp and in a way unfriendly to visitors at the same time. The winter is long and tough. So, one of the ways to make life easier and more pleasant is to adjust the living area and make it as cozy as possible. So, everywhere we go, no mater, private apartment or public area, you’ll find subtle lights, candles, handmade pottery pieces. Everything in a harmony nature colors and this magic glacier shade of blue. Our first home made cake, made by our host, was served on a beautiful azure color ceramic plate.
And the names for this cozy atmosphere are following –
#Lygeglad (not taking things too seriously)
#Hygge (we already know it thanks to Danish excellent PR)
#Mysa (Swedish synonym).

#2
Iceland women are beautiful and fragile at first glance, but strong and resistant at the same time
Iceland is not a pampering place to live in. The nature is wild and conditions are tough. Iceland women were used to take care on their own for centuries. Their men were usually far away in the sea. Moreover, thanks to archeologists, we already know, that among Viking warriors, there were also women as well. So, King of Thrones stops to be only a fairy tale. So, on the one hand we have this Elves’ fragility look and on the other a soul of a tough enough warrior.

#3
Weather in Iceland is always a surprise
Do you like surprises? Then, you’ll be happy enough to enjoy Icelandic weather. You never know, what’s going to happen in next half an hour. There’s even the most famous Icelandic joke – if you don’t like the weather, wait five minutes. Sun, wind, rain, snow, sun and wind again. Wind, wind, wind again. A lot of wind… If you overreact wind, better don’t go there. I even paid attention that (maybe because for practical reason), elder Icelander women have these short messy haircuts. I assume, it’s comfortable in windy weather – you really don’t need a hairdresser then.

#4
þetta reddast (thetta reddast) – no it’s not swearing, not at all! It means (untranslatable indeed, but the nearest meaning is – We’ll manage somehow)
So, when I’ve met our Icelandic host, she said to me – we and Serbs, we have a lot in common. You know – Austria, Czech Republic, Poland – they are kind of mainstream. And we – we make it always other way around. So let it be. You live once and you’ll manage it somehow.

#5
Let’s take a second to look at language. The structure of Icelandic has not changed much since the time of the settlement. When some old written pieces are discovered all around Scandinavia, Icelanders are ones who can translate those. They language stayed unchanged for ages. And they pay a lot of attention not to spoil it with some foreign phraseologies. Even contemporary devices are named have their equivalent names in Icelandic, i.e. computer (tölva) means the one who can predict numbers. How poetic?

#6
If someone gets breathless while talking to You, don’t panic. It’s just the Icelandic habit of talking and underlying their words. Don’t rescue them. Just listen carefully and continue conversation. I was surprised for the first few times. But then, I was enlightened during the mentioned above one man show. It’s a normal way of Icelandic women’s expression. There was a medieval traveler who misinterpret this phenomenon as common asthma disease.

#7
Stay calm and enjoy the peace.
I’ve been to several countries. And I haven’t experienced so much peace nowhere else, even on Jordan desert Wadi Rum. This is incredible feeling and for sure worth going up north, even for warm beaches lovers. There are no billboards and ubiquitous advertisements. And the sirens I’ve barely heard once by coincidence in the middle of Reykjavik.

#8
Be careful with the myths about Iceland. You’ve probably heard you can camp everywhere You’d like to. It’s only the half the truth. More than 60% of country is a private property. So, you need permission to stay there. A little more than 40 % of Iceland is pristine vastness and it’s forbidden to stay there. It doesn’t surprise me. If I had such a natural heritage, I’d also take care of it as much. During our stay, when I hear that a student is going to have seasonal summer work in the highlands, watching out for what the tourists are doing there, I almost high-fived him.

#9
Maybe I should start with this. But well, this text is full of contradictions. And I am obviously influenced by Iceland culture. Writing… This was the aim of our expedition. It’s so obvious. Whom better to learn writing from than the most written nation in the world. They say, you don’t exist if You don’t have profile in social media now a days. It doesn’t matter for Icelanders. You are no one in Iceland, if You don’t publish at least one piece in your lifetime. They read a lot and they publish themselves a lot. When a person dies there, he doesn’t have a simple necrology in a local newspaper as in average European country. Real dead novels are made instead of that. Maybe it’s easier to write about feelings instead of showing those emotions live. It doesn’t fit in with what we think about the Viking successors.

#10
I’d have much more to write about because Iceland doesn’t leave you indifferent. Despite easy descriptions, I want to leave this last point for You, to fill in with Your own reflections and observations when You visit this astonishing country since I’m pretty sure, you will if You are reading this text.

*All interpretations and descriptions in this text are based on personal observations and few quite serious facts. However, with an intercultural background and bite of humor and irony.
Don’t be too serious though. Life is too short to complicate it.

**Special thanks to Björg Árnadóttir (Reykjavik Akademy) and Atalaya Foundation to make this big dream and lot of bucket list points came true

Copyright by Vesna Lorenc – intercultural facilitator, coach and mediator by choice
www.just-be.com.pl

Sztuka kochania. Sztuka pomagania.

W sobotę wielkanocną miałam wyjątkową i wątpliwą przyjemność załapania się na polskie telewizje śniadaniowe, z których dowiedziałam się, że ogólnie rzecz ujmując, wszystko w życiu robię źle, ale to żaden problem, bo telewizja powie mi jak mam stać się superwoman. Było też parę cliche świątecznych tematów czyli m.in. o pomaganiu innym. Z ciekawości usiadłam do wujka Googla i sprawdziłam jak to jest z tym pomaganiem u Polaków. Okazuje się, że (53%) deklaruje, że w przeciągu ostatniego roku udzieliła pomocy finansowej. W tym oczywiście najwięcej jest tych co pomagają przekazując 1% czyli  po prostu wpisując 10 dodatkowych cyfr żeby przekazać kasę, którą i tak im zabiorą.
Rozliczając się w 2017 Polacy z 1% przekazali 660 mln PLN na OPP (organizacje pożytku publicznego). Brzmi całkiem imponująco, ale potem dowiedziałam się, że w skali roku Polacy wydają 1,2 mld na papier toaletowy i to szlachetne pomaganie traci trochę swój urok. Wracam do Google i pytam „kto najbardziej potrzebuje pomocy?” ale na trzeciej pozycji wyskoczył mi pies. Chyba jeszcze u nas nie jest tak kolorowo po 500 plus, że zostały nam już tylko psy do uratowania…
A co z dziećmi z domu dziecka? Więc sprawdzam wpisując „dzieci z domu dziecka” i oto pierwsze trzy strony:
1. Dom dziecka to najsmutniejsze miejsce na świecie.
2. Pedagog z domu dziecka „Zasada nr 1: Tu dziecko się nie liczy”
3. Jak zaprosić do domu na Święta dziecko z domu dziecka”? – porada
Najbardziej zaskoczył mnie ten trzeci, bo wydawał się być taką bardziej uduchowioną wersją jednorazowego zapraszania dziecka zamiast Świętego Mikołaja, bo ci są już zabookowani od króliczka wielkanocnego.

Młodzież, z którą pracuję od trzech lat jest z kabaretu (jak mówią o sobie młodzi z placówek opiekuńczo-wychowawczych). Przez ten czas poznałam agresywnych wychowawców, psychologów łamiących kodeks etyki zawodowej, kadrę, tak skrajnie nieprzygotowaną do wykonywania zawodu, że trudno powiedzieć czy bardziej pomagają czy przeszkadzają i dyrekcję dostosowującą przepisy tak, by najbardziej pasowały do ich aktualnego nastroju czy poziomu sympatii do danego wychowanka. Jednocześnie poznałam młodych ludzi, którzy są prześmieszni, opiekuńczy, ambitni, trochę zagubieni, otwarci, ciekawi i empatyczni. Niekiedy stali też obok nich cudowni ludzie, pracując z powołania, niezależnie od abstrakcyjnie niskiego wynagrodzenia czy trudnych godzin pracy.
Na pewno nie jest to najsmutniejsze miejsce na świecie. Nie jest to też wypożyczalnia dzieci na święta, pojemnik na starą odzież i rozklekotane meble ani fajny plener na akcję PR firmy w kryzysie wizerunkowym. Jest to instytucja, gdzie mieszkają dzieci, którym trafił się marny los w genetycznej loterii. Na pewno każde z nich ma tu lepiej niż miałoby w swoim domu rodzinnym i mało kto się garnie do tego żeby wracać na stare śmieci.

Nie pomagam dzieciom z domu dziecka. Współpracuję z chętną młodzieżą, która chce dla siebie lepszego życia niż przewidują dla nich rodzice, wychowawcy czy Państwo. Nie namawiam nikogo do tego by dołączyli do projektów fundacyjnych. Prowadzę rekrutację i przyjmuję tylko tych, którzy naprawdę tego chcą. Nie zakazuję przeklinania, palenia papierosów czy chodzenia bez czapki. Pozwalam na siedzenia po nocach, zadawanie tysiąca pytań, popełnianie nieskończonej liczby błędów i kwestionowanie wszystkiego co ich otacza. Czy każdy z tych dzieciaków potrzebuje takiego podejścia? Tak. Czy każde z nich jest na nie gotowe i potrafi z niego skorzystać? Nie.
Sztuka pomagania to sztuka kochania drugiego człowieka, ale nie na siłę, nie wedle własnego pomysłu i nie tylko kiedy inni patrzą. To pełne akceptowanie drugiego człowieka, wsłuchiwanie się w jego potrzeby i wspólne tworzenie bezpiecznej przestrzeni, gdzie może się zadziać coś fantastycznego. Pewnie wtedy nie jest to super medialne i kolorowe. Nigdy też nie ujawniamy z kim pracujemy póki nie osiągnął pełnoletności i nie wyrażą na to pisemnej zgody. Nie lansujemy ich historii życiowych na bilbordach, w 30 sekundowych spotach telewizyjnych, w szaro-czarnych kolorach z pomarańczową łatką 1%. Nie na wszystko starcza kasy, ale jeśli tak jest to mówimy im to wprost i zastanawiamy się co dalej. Na szczęście bezpieczną przestrzeń u nas zawsze mają za darmo.

Zatem, zbierając parę świątecznych myśli:
1. Jeśli myślisz, że ktoś jest potrzebujący, nie okazuj litości i nie pomagaj w ciemno. Najpierw zapytaj czego potrzebuje.
2. Jeśli chcesz zrobić coś z sensem dla osób, które mają w życiu pod górkę, ale nie masz pomysłu co by to mogło być, skontaktuj się z jedną z 9000 organizacji, które zajmują się tym zawodowo i znają swoje grupy docelowe.
3. Jeśli możesz, kochaj i pomagaj (nie tylko w święta).

Jak zastosować dramę brytyjską w pracy nad wartościami?

Jak pracować z tematem wartości metodą dramy? Myślę, że nie jest to proste, ponieważ utarło się przekonanie, że każdy ma swoje wartości i jest to przestrzeń osobista, a więc niekoniecznie do publicznego wglądu.
Często miejsce wartości to obszar naszego wychowania, kultury, tradycji, religii. Odniesienie do ogólnoludzkich postaw, w których szukamy dobra i piękna. A także proces oparty na tekstach ważnych w danej kulturze i dywagacjach intelektualnych.
A zatem o wartościach dużo się MÓWI.

Warsztaty metodą dramy dają tę niepowtarzalną szansę, aby uczestnik nie ograniczył swojej aktywności tylko do ważnej refleksji intelektualnej, ale by poznanie dokonało się w jego ciele, w trzewiach, w sercu. Szansę doświadczania obrazu, który tworzy, aby w nim być, zobaczyć go z zewnątrz, zatrzymać się nad nim, (bo obraz przemawia, myśl bywa, że umyka). Wszystkie stymulatory (fotosymbol, chusty, plastyczne elementy czy muzyka) są wykorzystywane do innego, ubogacającego nasze refleksje doświadczenia.

Praca z tematem wartości może być narzędziem do budowania mostu, dialogu na wielu płaszczyznach. Praca metodą dramy tworzy przestrzeń na odwagę do wspólnego tworzenia drogi, nie nastawiając się na wymyślony koniec, bo koniec może być bardziej zaskakujący, niż się miało w założeniach.

Autor: Anna Łoboda – nauczyciel dyplomowany, trener dramy, pedagog, katecheta. Prowadzi grupę teatralną PRETEKST oraz warsztaty rozwojowe metodami dramy i bibliodramy w kraju i za granicą. Ukończyła APS w Warszawie, studia z zakresu pedagogiki terapeutycznej, a także podyplomowe Profilaktyka i terapia problemów wychowawczych-pomoc dziecku i rodzinie. Cały czas rozwija swój warsztat, ucząc się m.in. w Polskim Instytucie Psychodramy.

Polskie wartości do zaczerpnięcia

Zaczęliśmy projekt bardzo pomyślną wymianą w Polsce (Październik 2016).
Poniżej znajduje się lista pięciu (bardzo subiektywnych) wartości które można było wynieść z tego doświadczenia.

Wspólnota. Nasi uczestnicy i ich gotowość by pracować, dzielić się, inspirować i śmiać się zupełnie przerosły moje oczekiwania. Pomimo różnic kulturowych, niesamowitym było widzieć podobieństwa i codzienne zmagania w naszej pracy, a także dzielić się inspirującymi planami na przyszłość. Po tygodniu 16 obcych sobie ludzi tworzyło zjednoczoną grupę.

Rozwój osobisty. Widzieć jak chętnie uczestnicy otwierali się w grupie, ustalali osobiste cele, i podążali ku nim przez cały tydzień było inspirujące. Widziałam jak wielu z was (włącznie ze mną) wyszło poza swoją strefę komfortu! Mogliśmy po prostu nauczyć się tej metody w teorii, ale zdecydowaliśmy się wykorzystać ten czas w pełni i zagłębić się w niej.

Przywództwo. Jest to wartość nad którą pracowaliśmy najbardziej poprzez Horse Assisted Education*. Siła tej metody pozwala każdemu zaprojektować własne doświadczenie rozwoju podczas pracy nad umiejętnościami przywódczymi. Nie ma miejsca na oszustwa podczas pracy ze zwierzęciem, które nas przejrzy. To od nas zależy w jaki sposób zaplanujemy współpracę i przewodzenie w danej sytuacji.

Autentyczność. Temat do którego często wracaliśmy w odniesieniu do pracy z młodzieżą oraz pracy, którą wykonujemy na co dzień. Bez autentyczności nie możemy oczekiwać zaufania. Bez zaufania nie możemy zbudować trwałych relacji z innymi. Tak jak koń może nas przejrzeć, tak może nas przejrzeć młodzież, gdy nie jesteśmy autentyczni i wierni sobie i naszym wartościom.

Równowaga. Ciężko mówić o równowadze między życiem prywatnym a pracą, kiedy czujesz, że praca jest częścią Twojego życia, z której byś nie zrezygnował. Wtedy chodzi po prostu o to by…. żyć. Oczywiście, aby zachować równowagę, najpierw musisz być dobrze zorientowany w sprawie, ale kiedy już ją zdobędziesz, dostrzeżesz inne aspekty swojego życia; jego piękno, humor, ludzi, możliwości jakie Ci daje i odwagę by ryzykować i być autentycznym.

Teraz bierzemy te wartości i czerpiemy z nich w naszych projektach społecznych.

Autor: Anna Brymora, Fundacja Atalaya
Menadżer projektu, specjalista d.s. PR, psycholog, nauczyciel języka angielskiego.
Swoją edukację zaczęła w Waszyngtonie jako doradca d.s. edukacji zewnętrznej. Od tego czasu była zaangażowana w mnóstwo inicjatyw edukacyjnych zarówno w Polsce jak i Stanach Zjednoczonych. Jej głównym celem jest wdrażanie doświadczeń z amerykańskim systemem edukacyjnym w Polsce. Anna z zapałem także wspina się i podróżuje.

Warsztat rozwojowy dla kobiet: Zbocz ze szlaku

Wędrujemy po górach naszego życia, skupieni na celu, który mamy osiągnąć. Jednak warto czasem zboczyć z obranego szklaku, zatrzymać się na chwilę, rozejrzeć naokoło.
Podczas warsztatów będziemy mogły wspólnie przyjrzeć się bliżej naszym emocjom i wydarzeniom, które nas ukształtowały. Dlaczego jesteśmy właśnie w tym miejscu?

Proponujemy Wam, abyście zrobiły sobie przerwę od codzienności w tym szalonym, świątecznym okresie, który wymaga od nas ciągłych działań na rzecz innych. Warsztaty będą czasem, który ułatwi Wam skupienie się na sobie, zadbanie o swoje potrzeby. Może wtedy razem obudzimy w sobie siłę do dalszej wędrówki?

Warsztat odbędzie się 7 grudnia (czwartek) w godzinach 17:30-20:30,
w siedzibie Fundacji Atalaya na ulicy Wolskiej 66/39 w Warszawie.
Koszt warsztatu to 30 złotych od osoby.
Zapisy: fundacja@atalaya.pl.
Liczy się kolejność zgłoszeń, liczba miejsc ograniczona.

Prowadzące:
Anna Brymora – trener, psycholog, koordynator projektów, studentka seksuologii klinicznej na Uniwersytecie SWPS. Prowadziła liczne warsztaty edukacyjno-rozwojowe dla młodzieży zagrożonej wykluczeniem społecznym z pieczy zastępczej z zakresu komunikacji, asertywności, definiowania ścieżki rozwoju i rozwiązywania konfliktów m.in.: „Empatia w edukacji”, „Trampolina: program rozwoju ścieżki zawodowej”, „W kontakcie”. Obecnie koordynuje młodzieżowy projekt w ramach Erasmus+ skierowany do młodzieży.

Anna Grygalewicz – absolwentka psychologii na SWPS, obecnie studentka studiów podyplomowych CSR na Akademii Leona Koźmińskiego. Zawodowo zajmuje się copywritingiem i komunikacją w korporacji. Z trzecim sektorem związana od 2016 r. kiedy dołączyła do Fundacji Atalaya jako wolontariuszka. W ramach wolontariatu prowadziła warsztaty dla dorosłych „Miej Zielone Pojęcie” i „Wartości Życia”. Współprowadziła także warsztaty edukacyjno-rozwojowe dla młodzieży: „Co nas uzależnia?: Profilaktyka narkotykowa”, „Empatia w edukacji” oraz „Trampolina: program rozwoju ścieżki zawodowej”.

Vamos a la Playa, czyli wakacje z Atalaya…

           Parę tygodni temu wrzuciłyśmy na naszego Facebooka informację, że poszukujemy zatrudnienia dla naszej młodzieży z domu dziecka. Post zupełnie nieoczekiwanie poszedł w świat, miał 50,000 wyświetleń, a my po paru dniach otrzymałyśmy ponad 15 propozycji zatrudnienia dla młodych. Obecnie każdy, kto szukał pracy ma podpisaną umowę, jest po okresie próbnym i sprawdza się w nowej roli. Znaleźć pracę wakacyjną jest całkiem łatwo, ale utrzymać… to już trochę trudniej.

            Tak powstał pomysł na program P.L.A.Y.A. Na rynku, który zatrudnia na podstawie kompetencji twardych, a zwalnia głównie za brak kompetencji miękkich okazało się, że nie ma możliwości sprawdzenia się w inny sposób niż ukończenie kolejnego kursu, zdanie kolejnego egzaminu, zdobycie kolejnego tytułu czy dodanie kolejnego wpisu do CV. Nasi podopieczni wcale nie potrzebowali kolejnego szkolenia ze zdobycia zatrudnienia, bo ciągle brakowało jednego kluczowego elementu – INICJATYWY. Brakowało tej wewnętrznej siły, żeby samemu nadać kierunek swoim działaniom, zapytać, wywalczyć, zgłosić, przegadać, zaproponować i zmienić. Jednocześnie szkoła, nawet zawodowa, oparta jest na formie podawczej gdzie materiał często nie zmienia się od lat, a kompetencje miękkie przekazywane są w formie wykładowej. W tym samym czasie pojawił się konkurs Transferhub na innowację społeczną i tak zaczęła się praca nad PLAYĄ, programem wspierającym młodych NEETów (Not in education, employment or training). PLAYA to miejsce, gdzie łączymy zatrudnienie z pracą nad rozwijaniem trzech kompetencji kluczowych, bez których naszym zdaniem bardzo trudno jest utrzymać jakiekolwiek zatrudnienie: (1) komunikatywna eksperckość, (2) odpowiedzialność i samodzielność oraz (3) praca w zróżnicowanym środowisku. W dużym uproszeniu można powiedzieć, że: jeśli nie będę sam wykazywał inicjatywy, jeśli nie będę w tym samodzielny, jeśli nie wezmę odpowiedzialności za swoje zadania, jeśli nie będę w czymś naprawdę dobry i jeśli nie będę potrafił tego zakomunikować i dogadać się z innym człowiekiem, to wcześniej czy później będę niezadowolony w robocie albo sami mnie z niej wyrzucą.

            Każdy z pracodawców, z którym  współpracujemy zatrudnia młodzież trzy dni w tygodniu. W pozostałe dni uczestniczą oni w „kręgach” gdzie sami mogą projektować swoje wyzwania z zakresu trzech wymienionych wcześniej kluczowych kompetencji. Oczywiście cały program oparty jest na założeniu, że jak najwięcej inicjatywy oddajemy im i krok po kroku uczymy korzystania z tej wolności. P.L.A.Y.A. jest skrótem od Project Learning Activating Young Adults. Poprzez pracę projektową każdy tworzyć będzie wyzwanie, które poruszy go do zrobienia czegoś trudnego, czegoś o czym długo marzył albo poznania nowych rzeczy i nabycia nowych umiejętności, które odkryje podczas projektu. Celem jest zdobycie umiejętności potrzebnych niezależnie od wykonywanej pracy czy obranej ścieżki zawodowej. Pracujemy w grupie, ale każdy uczestnik ma jednocześnie wsparcie indywidualne w postaci regularnych spotkań coachingowych, które pomóc mu mają w określeniu i realizacji celów. Każdy ma również do dyspozycji budżet, który samodzielnie będzie musiał z nami rozliczyć (co oznacza też, że szybko będzie trzeba ogarnąć, jaka jest różnica pomiędzy netto i brutto i co to takiego koszty kwalifikowalne w projekcie).

Jesteśmy po pierwszym tygodniu kręgów i pierwszych spotkaniach coachingowych (ale jeszcze przed pierwszą wypłatą w pracy). Tworzymy, sprawdzamy, wprowadzamy poprawki i szukamy obszarów, w których inicjatywę można w jak największej części oddać uczestnikom. Wyjątkowo budujące jest to, że mimo wakacyjnego okresu zebraliśmy grupę ludzi, która zjawia się, pracuje, ma niepowtarzalną energię i ciekawość. PLAYA jest miejscem, które nie istnieje jeśli osoby, które ją tworzą same nie wypełnią tej przestrzeni i nie wezmą odpowiedzialności za to, co się zadzieje na grupie. Przez najbliższe tygodnie będziemy dzielić się z Wami podjętymi wyzwaniami, sukcesami, porażkami i anegdotami z miejsc pracy (oczywiście za zgodą naszej młodzieży). Jest to nasza mała, wakacyjna innowacja społeczna, która, mamy nadzieję, że gdy będzie już sprawdzona, będzie wykorzystywana przez inne grupy, które chcą w niestandardowy sposób przygotować się do wejścia na rynek pracy.